Gdyby mierzyć wartość gry ocenami wystawianymi przez recenzentów, to średnia 78/100 wyciągnięta z 28 tekstów przez Metacritic robi wrażenie. Tym większe, że to tytuł wydany wyłącznie na PC, przez niewielkiego, niezależnego dewelopera, w zupełnej niemal marketingowej ciszy. Użytkownicy serwisu ocenili grę jeszcze wyżej, bo średnia ich not to 8.8/10. Nieźle, gdybym miał pokusić się o podobną ocenę, pewnie bym ją wypośrodkowałbym. Nie zmienia to jednak tego, że Zeno Clash to jeden z najciekawszych tytułów tego roku i co istotne, znalazło to wyraz w opiniach recenzentów. Tych, którzy zagrali rzecz jasna, bo wiele serwisów darowało sobie recenzje. Zapewne z braku czasu, bo znając profesjonalizm dziennikarzy branżowych, trudno mi uwierzyć, że przyczyną mógłby być brak darmowego egzemplarza recenzenckiego.
Jak ta wartość wynikająca z ocen przekłada się na wartość wymierną, bo liczoną w pieniądzu? Gra kosztuje na Steamie około 15 euro. Przy dzisiejszym kursie euro to około 70 zł. Dużo? Wedle wielu osób dużo, na tyle dużo, że cenę wymieniają wśród istotnych minusów gry. A wynika to z tego, że ZC skończyć można w krótkim dość czasie. Jedni pomkną niczym huragan i 5 godzin im wystarczy, inni w 8 zakończą przygodę, mnie aż 11 godzin trzeba było, ale ja gram na zwolnionych obrotach. Jakie to ma w sumie jednak znaczenie? Ano jak widać ma. Pozwolę sobie zacytować fragment jednej z recenzji, który wbił mnie w ziemię.
Największą wadą jest to, że można ją skończyć w jeden wieczór, a jakichkolwiek misji pobocznych, czy innych elementów, które mogłyby przedłużyć rozgrywkę po prostu nie ma. Zeno Clash mogę polecić z czystym sumieniem tym, którzy nie lubią wtórności i schematów. Mimo wszystko, ok. 70 zł to za dużo jak na grę, którą można skończyć po kilku godzinach. Zwłaszcza, że omawiana gra jest 'jedynie' bardzo dobra, do rewelacji jej daleko.
No, no, no… 70 zł za grę ledwie bardzo dobrą, to dużo za dużo? Nie jest to odosobniona opinia, z podobnymi spotkałem się też w innych miejscach w sieci, ale tu nazbyt aż wyraźnie rzekomy problem wyartykułowano. O wartości gry decyduje kurs walut. Kiedy Steam oferował nam ceny w dolarach amerykańskich, a kurs tej waluty kształtował się w okolicach 2 zł, warto by było ZC nabyć. Teraz już nie, bo płacimy w euro po kursie około 4,5 zł za jedno. A sama gra? Nieważne, trzeba przez pryzmat kursu walut rzecz oceniać. Wyzłośliwiam się nieco, przyznaję, ale zaprezentowany wyżej pogląd tylko na takie potraktowanie zasługuje.
Niedawno Jeff Vogel, szef realizującej niezależne gry cRPG firmy Spiderweb, podjął temat cen gier. W jego ocenie nie ma podstaw do uznania, iż produkcje niezależne powinny kosztować znacznie mniej od tytułów oferowanych przez dużych wydawców. Siłę jego argumentów każdy ocenić może sam, zachodząc na bloga The Bottom Feeder. Problem z cenami jest jednak problemem realnym. Brad Wardell, szef Stardocka i platformy Impulse, w jednym z wywiadów przyznał, że próbuje przekonać twórców niezależnych, żeby oferowali swoje tytuły w bardzo niskich cenach, gdyż tylko w ten sposób, jego zdaniem, mogą liczyć na znaczące wyniki sprzedaży. Podejścia do tematu, jak widać, mogą być odmienne. Ustalmy jednak jedno – to problem twórców, wydawców i graczy, a nie ludzi, którzy recenzują gry. Dochodzi bowiem do kuriozalnych sytuacji, ostatnio z okazji premiery Terminatora: Salvation, kiedy rozreklamowane tytuły firmowane przez dużych wydawców, trwające kilkanaście godzin, z czego 1/3 zajmują cutscenki, kosztują 3-4 razy więcej niż ZC i nikt powyższego argumentu nie podnosi. Jeszcze, bo już słychać głosy twórców i dużych wydawców, że ta standardowa poprzeczka 50-60 dolarów za duży tytuł jest zbyt nisko zawieszona. Więcej, przywoływałem już dla porównania z ZC grę Watchmen: The End Is Night, opartą na słynnym komiksie, która niewiele jest dłuższa od ZC, wtórna do bólu, ale ma wedle recenzentów jedną istotną zaletę – kosztuje tylko 20 dolarów czy euro na Steamie.
Jedno trzeba przyznać. My, gracze jesteśmy nieco rozbestwieni. Darmowe mody, DLC za kilka dolarów, po co płacić za jakąś niezależną grę 15 euro? Dlaczego jednak z podobnymi argumentami nie spotykamy się w przypadku recenzji filmów czy książek? Dlaczego recenzenci nie sugerują widzom czy czytelnikom, że nie warto wydawać pieniędzy na bilet, bo film jest za krótki, a na książkę, bo ma zbyt mało stron? Niech recenzenci kwestię ceny zostawią twórcom, wydawcom i samym graczom, a same recenzje niech skupiają się na zupełnie innych kwestiach. No chyba, że ktoś nie potrafi inaczej do gry zachęcić czy zniechęcić.


